Skip to content

Innowacje w sprzedaży bezpośredniej: co naprawdę weryfikuje konsument

AUTOR

Profilowe-2
PSSB
Stowarzyszenie działa od 1994 roku i grupuje największe przedsiębiorstwa sprzedaży bezpośredniej w Polsce, aby wspólnie działać na rzecz firm, osób współpracujących oraz wszystkich konsumentów, którzy kupują produkty i usługi w kanale sprzedaży bezpośredniej.

Innowacje w sprzedaży bezpośredniej powstają inaczej niż w handlu detalicznym: bo inaczej wygląda tu moment prawdy. Nie decyduje o nim ekspozycja na półce ani budżet reklamowy, tylko pytanie zadane kilka tygodni po zakupie: zamawiasz jeszcze raz?

W klasycznym handlu o losie produktu decyduje kilka rzeczy naraz: miejsce na półce, kampania, opakowanie, cena promocyjna. Konsument bywa ostatnim ogniwem długiego łańcucha decyzji podejmowanych bez jego udziału. W sprzedaży bezpośredniej ten łańcuch jest radykalnie krótszy: i to zmienia niemal wszystko, łącznie z tym, jak powstają innowacje.

Nie ma półki, o którą trzeba walczyć. Nie ma zakupu impulsowego przy kasie. Jest za to konkretna osoba, która poleca produkt innej konkretnej osobie: często sąsiadce, koleżance z pracy, komuś z rodziny: i będzie musiała spojrzeć jej w oczy za miesiąc. Ta prosta okoliczność tworzy mechanizm weryfikacji, którego nie da się kupić za pieniądze przeznaczone na media.

Dlaczego model biznesowy wymusza konkret

Firmy działające w tym kanale zwykle nie wydają dużych kwot na reklamę masową. Środki, które w innych branżach idą na media, trafiają tu przede wszystkim do dwóch miejsc: do systemu wynagradzania osób polecających oraz do badań i rozwoju produktu.

To nie jest szlachetność: to konsekwencja modelu. Skoro produkt nie ma szans przyciągnąć uwagi opakowaniem na półce, musi mieć powód, dla którego ktoś opowie o nim komuś innemu. Powodem może być albo realnie odczuwalny efekt, albo wyraźna, dająca się wytłumaczyć w rozmowie różnica technologiczna. Najlepiej jedno i drugie.

Stąd charakterystyczna cecha innowacyjności produktowej w tej branży: bardzo często dotyczy ona nie tego, co jest w produkcie, ale jak zostało tam umieszczone i czy organizm albo skóra są w stanie z tego skorzystać.

Pomiar zamiast obietnicy: jak technologia mierzy efekt suplementacji

Jednym z ciekawszych zjawisk jest przeniesienie pomiaru z laboratorium do rozmowy z klientem. Jedna z firm członkowskich PSSB zbudowała na tym cały segment.

Skaner biofotoniczny działa prościej, niż brzmi jego nazwa: kładziesz dłoń na urządzeniu, ono prześwietla skórę wiązką światła i sprawdza, co z tym światłem dzieje się po odbiciu. Karotenoidy: pomarańczowe i żółte barwniki, które trafiają do organizmu z marchewki, pomidorów czy papryki: odbijają je w charakterystyczny sposób. Im więcej ich w skórze, tym wyraźniejszy sygnał. Urządzenie przelicza to na jedną liczbę. Bez igły, bez pobierania krwi, w kilkanaście sekund. (Metoda nazywa się spektroskopią Ramana i od lat służy w laboratoriach chemicznych do rozpoznawania substancji po sposobie, w jaki rozpraszają światło.)

Wynik nie jest badaniem lekarskim ani diagnozą: i producenci tego nie ukrywają. Jest natomiast czymś rzadkim w świecie suplementów: liczbą, do której można wrócić po trzech miesiącach i sprawdzić, czy cokolwiek się zmieniło.

Biodostępność: dlaczego nie wszystko, co połkniesz, się wchłania

Suplement, który przechodzi przez organizm bez wchłonięcia, jest kosztownym nieporozumieniem. Duża część substancji uważanych za wartościowe: koenzym Q10, luteina, witamina E, kwasy omega-3: rozpuszcza się w tłuszczach, a więc kiepsko radzi sobie w środowisku wodnym, jakim jest nasz przewód pokarmowy.

Odpowiedzią jest mikromicelaryzacja: „opakowanie” cząsteczek tłuszczowych w mikroskopijne struktury, które potrafią funkcjonować w wodzie. Ta sama logika: dostarczyć substancję tam, gdzie ma działać, w stanie nienaruszonym: stoi za kapsułkowaniem resweratrolu w kosmetykach, które chroni wrażliwy składnik przed utlenieniem aż do momentu aplikacji.

Warto zachować tu trzeźwość: skala poprawy przyswajalności bywa w materiałach marketingowych przedstawiana bardzo optymistycznie i zależy od konkretnej substancji, dawki oraz sposobu przyjmowania. Sam kierunek badań jest jednak realny i podzielany przez cały przemysł farmaceutyczny.

Stabilizacja i świeżość jako parametr techniczny

Aktywny składnik roślinny psuje się szybko. To banał, ale konsekwencje technologiczne są poważne: i branża rozwiązuje ten problem dwoma przeciwstawnymi sposobami.

Pierwszy to opatentowane procesy stabilizacji prowadzone na zimno. W przypadku aloesu chodzi o zachowanie acemannanu: wielocukru, który przy obróbce termicznej po prostu się degraduje. Bez wysokiej temperatury i bez agresywnej chemii.

Drugi sposób jest odwrotny: zamiast konserwować lepiej, produkować krócej. Krótkie, świeże serie, rezygnacja z syntetycznych konserwantów, opakowania próżniowe airless. To rozwiązanie kosztowne logistycznie: wymaga krótkich łańcuchów dostaw i częstych wysyłek: i praktycznie niemożliwe do wdrożenia w tradycyjnej dystrybucji z wielomiesięcznym cyklem magazynowym. Sprzedaż bezpośrednia je umożliwia, bo produkt jedzie od producenta do klienta niemal wprost.

Kosmetyka, która stała się biotechnologią

W kategorii pielęgnacyjnej najbardziej widoczna jest praca nad peptydami i regulacją procesów zachodzących w skórze: pochodne aminokwasów pobudzające fibroblasty do produkcji kolagenu, kompleksy peptydowe otrzymywane biotechnologicznie z drożdży i zbóż, systemy wzmacniające barierę lipidową naskórka.

Osobnym, stosunkowo świeżym tematem jest fotostarzenie: w tym to wywoływane światłem niebieskim z ekranów, nie tylko promieniowaniem UV. W trychologii z kolei łączy się oleje bogate w kwasy omega z peptydami i wyciągami roślinnymi hamującymi aktywność enzymu odpowiedzialnego za miniaturyzację mieszków włosowych.

Wspólny mianownik: to już nie jest „krem z witaminą”. To próba wpłynięcia na konkretny, opisany i opatentowany mechanizm biologiczny.

Inżynieria sprzętowa: technologia, którą widać na blacie

Innowacje w tej kategorii robią naprawdę wrażenie. Najbardziej znany na rynku wielofunkcyjny robot kuchenny zbudowano na bezszczotkowym silniku reluktancyjnym i płycie grzewczej o precyzji rzędu jednego stopnia. Brzmi technicznie, ale konsekwencja jest bardzo praktyczna: procesy, które dotąd wymagały profesjonalnego wyposażenia: sous-vide, kontrolowana fermentacja, świadomie prowadzona reakcja Maillarda: dają się przeprowadzić na blacie w zwykłej kuchni.

Podobnie wygląda to w uzdatnianiu wody. Jeden z systemów filtracyjnych dostępnych w tym kanale łączy wielostopniowy blok węglowy z diodą UV-C LED emitującą światło o długości fali około 267 nm: węgiel zatrzymuje zanieczyszczenia chemiczne, światło unieszkodliwia mikroorganizmy. Rozwiązanie jest ciekawe także z innego powodu: jego skuteczność zweryfikowano na zewnątrz. Certyfikaty NSF/ANSI (m.in. Standard 42, 53, 55 i 401) przyznaje niezależna jednostka badawcza, a nie producent: a to zupełnie inna kategoria dowodu niż deklaracja z ulotki.

Kontrola łańcucha dostaw, czyli innowacja niewidoczna dla oka

Część producentów poszła jeszcze dalej i wzięła pod kontrolę sam początek łańcucha. Własne farmy organiczne plus system identyfikowalności surowca: oparty na chromatografii cieczowej i spektrometrii mas: pozwalają prześledzić drogę rośliny od nasiona do kapsułki i sprawdzić na każdym etapie, czy zawiera to, co powinna.

W suplementacji sportowej podobną rolę odgrywają badania nad kinetyką wchłaniania białek: łączenie szybko przyswajalnego izolatu serwatkowego z wolniej trawioną kazeiną daje mięśniom dostęp do aminokwasów rozłożony w czasie, a nie skoncentrowany w jednym momencie.

W obu przypadkach innowacją nie jest sam składnik: serwatka i zioła są znane od dawna. Innowacją jest wiedza o nich i możliwość jej udokumentowania.

Patent to nie to samo co dowód skuteczności

Rzetelność wymaga postawienia tej sprawy jasno. Patent chroni rozwiązanie przed kopiowaniem i potwierdza jego nowość oraz oryginalność. Nie potwierdza, że produkt działa tak, jak głosi ulotka. To dwie różne procedury, prowadzone przez dwie różne instytucje, według dwóch różnych kryteriów.

Podobnie certyfikat jakości surowca mówi o surowcu, a nie o efekcie zdrowotnym. A badanie przeprowadzone na trzydziestu ochotniczkach przez sześć tygodni to sygnał, a nie rozstrzygnięcie.

Świadomy konsument może zadać kilka prostych pytań:

  • Kto przeprowadził badanie: producent czy jednostka niezależna?
  • Czy certyfikat dotyczy skuteczności urządzenia, czy tylko bezpieczeństwa materiałów?
  • Czy deklarowany efekt jest mierzalny, czy opisany słowami typu „wspomaga”, „wspiera”, „przyczynia się”?
  • Czy skład podano w pełnych ilościach, czy tylko w postaci nazw handlowych kompleksów?

To pytania, których nikt nie powinien się bać: a dobra firma odpowie na nie bez wykrętów.

Dlaczego ostatnie słowo ma konsument

Wracamy do sedna. W sprzedaży bezpośredniej weryfikacja innowacji nie odbywa się w mediach ani w rankingach. Odbywa się w powtórnym zamówieniu.

Osoba, która poleciła produkt, dostanie informację zwrotną osobiście: czasem miłą, czasem nie. Nie da się jej odfiltrować, zignorować ani przykryć nową kampanią. Firma, której produkt nie działa, traci nie jednego klienta, lecz całą sieć relacji wokół niego. Firma, której produkt działa, zyskuje coś, czego reklama nie kupi: rekomendację od kogoś, kogo się zna.

To skuteczny mechanizm selekcji. Wymusza innowacje odczuwalne, a nie tylko efektowne w opisie. I dlatego branża, o której często mówi się przez pryzmat modelu dystrybucji, warta jest spojrzenia także przez pryzmat laboratorium.

Bo ostatecznie ani patent, ani certyfikat, ani spektrometr nie decydują o losie produktu. Decyduje pytanie, które pada po kilku tygodniach użytkowania: zamawiasz jeszcze raz?

Najczęstsze pytania

Nie. Patent potwierdza, że rozwiązanie jest nowe, oryginalne i nadaje się do zastosowania przemysłowego –  chroni je przed kopiowaniem przez konkurencję. Ocena skuteczności zdrowotnej czy kosmetycznej to zupełnie odrębna procedura, prowadzona przez inne instytucje i według innych kryteriów. Produkt może mieć patent i nie mieć badań klinicznych. Może też mieć jedno i drugie – wtedy warto zapytać o oba dokumenty osobno.

To potwierdzenie wydane przez niezależną jednostkę badawczą, że urządzenie faktycznie usuwa deklarowane zanieczyszczenia. Poszczególne standardy dotyczą różnych rzeczy: Standard 42 odnosi się do parametrów estetycznych (smak, zapach, chlor), Standard 53 do zanieczyszczeń wpływających na zdrowie, Standard 55 do dezynfekcji ultrafioletem, a Standard 401 do tzw. zanieczyszczeń wschodzących, takich jak pozostałości leków. Kluczowa różnica wobec deklaracji producenta: badanie wykonuje ktoś inny niż sprzedający.

To odsetek substancji czynnej, który faktycznie trafia do krwiobiegu i może zadziałać. Nie wszystko, co połkniemy, zostaje wchłonięte – składniki rozpuszczalne w tłuszczach, jak koenzym Q10 czy witamina E, przyswajają się szczególnie opornie. Dlatego producenci pracują nad formami nośnikowymi, które poprawiają wchłanianie. Deklarowane wielokrotności poprawy warto jednak czytać ostrożnie: zależą od substancji, dawki i tego, czy suplement przyjmuje się z posiłkiem.

Bo w tym modelu reklama ma ograniczoną wartość. Produkt nie zdobywa klienta ekspozycją w sklepie, tylko rekomendacją od konkretnej osoby, a rekomendacja ma sens tylko wtedy, gdy produkt się broni w użytkowaniu. Budżet, który w handlu detalicznym idzie na media, tutaj trafia głównie do systemu wynagradzania sprzedawców i do działu badawczo-rozwojowego.

Trzy szybkie testy. Po pierwsze: kto wykonał badanie – producent czy podmiot zewnętrzny? Po drugie: czy efekt opisano liczbą, czy tylko czasownikiem typu „wspomaga”? Po trzecie: czy skład podano w pełnych ilościach, czy schowano pod nazwą handlową kompleksu. Rzetelny producent odpowie na wszystkie trzy pytania bez zwłoki.

Nie. To narzędzie orientacyjne, które szacuje poziom karotenoidów w skórze i pozwala porównać wynik z poprzednim pomiarem. Nie zastępuje badań laboratoryjnych ani konsultacji lekarskiej i nie służy do diagnozowania chorób. Jego wartością jest powtarzalność – możliwość sprawdzenia, czy zmiana diety lub suplementacji cokolwiek zmieniła.

Słowniczek pojęć

Acemannan: wielocukier obecny w miąższu aloesu, badany pod kątem właściwości immunomodulujących i regeneracyjnych. Wrażliwy na temperaturę, dlatego stabilizuje się go metodami zimnymi.

 

Biodostępność: odsetek substancji czynnej, który po przyjęciu preparatu faktycznie przenika do krwiobiegu i może zadziałać.

 

Chromatografia cieczowa (HPLC): laboratoryjna metoda rozdzielania mieszaniny na składniki, używana do sprawdzania, co dokładnie i w jakiej ilości znajduje się w surowcu.

 

Kinetyka wchłaniania białek: tempo, w jakim organizm rozkłada białko na aminokwasy i udostępnia je mięśniom. Izolat serwatkowy działa szybko, kazeina wolno: stąd łączenie obu w preparatach sportowych.

 

Mikromicelaryzacja: proces zamykania cząsteczek rozpuszczalnych w tłuszczach w mikroskopijne struktury zdolne funkcjonować w środowisku wodnym, co poprawia ich przyswajanie.

 

NSF/ANSI: zestaw amerykańskich standardów jakości dla urządzeń uzdatniających wodę, weryfikowanych przez niezależne jednostki certyfikujące.

 

Opakowanie airless: pojemnik bez dostępu powietrza, w którym kosmetyk wypychany jest tłoczkiem. Ogranicza utlenianie składników aktywnych i kontakt z bakteriami.

 

Reakcja Maillarda: zespół przemian chemicznych zachodzących przy ok. 140–165°C, odpowiedzialny za brązowienie i charakterystyczny smak pieczonych oraz smażonych potraw.

 

Silnik reluktancyjny: konstrukcja bezszczotkowa i bezprzekładniowa, ceniona za trwałość i precyzyjną kontrolę obrotów.

 

Spektroskopia Ramana: metoda analityczna rozpoznająca substancje po sposobie, w jaki rozpraszają światło. Nieinwazyjna, stosowana m.in. do pomiaru karotenoidów w skórze.

 

Sous-vide: gotowanie próżniowe w niskiej, ściśle kontrolowanej temperaturze, pozwalające zachować soczystość i strukturę produktu.



Udostępnij:

Brak komentarzy, dodaj swój poniżej!


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Aktualności

Śledź nasze najnowsze wpisy
Copyrights © 2022 Polskie Stowarzyszenie Sprzedaży Bezpośredniej